Nowy adres bloga Bluesowe Opowieści!!

Dobry wieczór kochani Czytelnicy i Czytelniczki mojego blogu!

W związku ze smutną wiadomością, jaką w ostatnich dniach rozesłał blogerom Onet, iż platforma blog.pl zostanie zamknięta, a bloga można przenieść na inną platformę, zastanawiałam się, czy aby nie przestać pisać. Blog ten nie wnosi żadnych merytorycznych treści i był zakładany w celu „wypisania się” autorki. Jednak z uwagi na atmosferę, jaka się tutaj wytworzyła oraz grono wiernych czytelników mojego, jakże mizernego bloga, postanowiłam, że go przeniosę w inne miejsce, tak, by mógł dalej jakoś tam funkcjonować w blogosferze. Postanowiłam, że zostawię go ze względu czysto sentymentalnego, gdyż włożyłam w tworzenie tych tekstów dużo czasu, serca i myśli…

I tak oto, po wielu trudach, udało mi się przenieść treści blogu na platformę wordpress, i choć witryna jest jeszcze niedostatecznie dopracowana, myślę, że nowe spisy będą sie pojawiały już na nowym adresie. Tutaj jednak też pozostanę, odwiedzajac Wasze blogi i zerkając, gdzie je przenosicie, tak, by nie utracić z Wami kontaktu. Także teraz możecie znaleźć Bluesową Dziewczynę pod nowym adresem:


https://bluesoweopowiesci.wordpress.com/

Jeżeli będziecie chcieli zostawić komentarz, proszę, zróbcie to na nowej stronce.

Do zobaczenia w nowym miejscu, niech blues Was prowadzi :)

Bluesowa Dziewczyna

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Avatar”, czyli kolejna historia miłości na tle tragedii…

„Avatar”, czyli historia wielkiej, zakazanej miłości, na tle ogromnej katastrofy…

Takimi słowami mogłabym określić ten film, wyreżyserowany przez Jamesa Camerona, twórcę tak często pojawiającego się na ekranach hitowego melodramatu jakim jest „Titanic”… Powstał w dwutysięcznym dziewiątym, a z jego obejrzeniem zwlekałam bardzo długo. Dopiero pod wpływem pewnego teledysku zrealizowanego do piosenki Nightwish pt. „Ever dream” , kiedy to zobaczyłam malownicze widoki krainy, w której zamieszkiwał lud Na’vi, zdecydowałam się obejrzeć cały film, by móc zrozumieć teledysk. Obejrzałam więc cały, prawie trzygodzinny film, by móc inaczej spojrzeć na trzyminutowy teledysk, cóż… po prostu ja.

Jake jest weteranem, sparaliżowanym od pasa w dół, jeżdżącym an wózku. Kiedy był zdrowy, był „zwykłym żołnierzykiem”, jak często o sobie mawia. Przez przypadek, jego brat, będący naukowcem badającym planetę zwaną Pandorą, zostaje zadźgany nożem na ulicy, a Jake, posiadający takie samo DNA leci na Pandorę, w zastępstwie za brata. Na stacji badawczej znajdującej się na Pandorze, poznaje dwa obozy. Pierwszy, któremu przewodniczy dr Grace- badaczka, która napisała książkę o ludzie tubylczym, żyjącym na planecie- Na’vi, chcąca poznać zwyczaje tego ludu i badać go oraz pułkownika, który chce przesiedlić plemię by zdobyć cenny materiał , w postaci tworzywa zwanego unabtainium  znajdujący się  na planecie. Na stacji tworzone są tzw. avatary, wyglądem przypominające do złudzenia ciała tubylców, hodowane z DNA człowieka i tubylca, którymi steruje się znajdując się w specjalnie przygotowanej do tego kopule, łącząc się z avatarem za pomocą neuronalną. Kiedy Jake budzi się w postaci avataru, odkrywa, iż może chodzić, a nawet biegać, co jest dla niego ogromną radością. Jake, Grace i jeszcze jeden mężczyzna schodzą w postaci avatarów na Pandorę, by pobrać próbki, jednak podczas tej wizyty Jake odłącza się od pozostałych, będąc goniony przez drapieżnika zamieszkującego Pandorę. Nastaje noc i badacze muszą wracać do stacji, czynią to więc nie znajdując Jake’a. Ten natomiast przemierza samotnie  bujny las Pandory, jednak zostaje zaatakowany przez tamtejsze , drapieżne zwierzęta. Z pomocą jednak nadchodzi mu przedstawicielka plemienia Na’vi, córka ich wodza. Kiedy jednak chce gdzieś go zaprowadzić, Jake spada z drzewa i znajduje się pośród ludu Na’vi, który nie jest do niego przyjaźnie nastawiony. W dalszej części filmu dowiadujemy się bowiem, iż Na’vi wiedzieli o operacjach przeprowadzanych na ich planecie i nie byli z tego faktu zadowoleni,nazywając atakujących ich ludzi „ludźmi z nieba” ,choć chętnie uczęszczali do szkoły, która utworzyła na Pandorze Grace , by uczyć ich angielskiego. Na’vi zabierają Jake’a do swego plemienia  i dają się mu przekonać, iż jest niegroźny a przybył na Pandorę w celu uczenia się ich życia i patrzenia na świat. Pozwalają avatar-sequels-delayedmu więc zostać, a szamanka plemienia nakazuje by Neytiri, córka wodza, która uprzednio uratowała mu życie, uczyła go ich życia. Tak też się dzieje. Jake poznaje coraz to nowsze zachowania i zjawiska będące świętością dla plemienia Na’vi. Uczy się jeździć na dziwacznych koniach jakie posiadają Na’vi, a także latać powietrznymi stworzeniami. Poznaje także ich język oraz wierzenia… Dowiaduje się o świętym  dla Na’vi Drzewie Dusz oraz o Eywie- bogini Na’vi. Budząc się i zasypiając w kapsule, żyjąc jako avatar Na’vi oraz jako Jake, jeżdżący na wózku, były żołnierz, znajdujący się na stacji Pandory, powoli zaczyna zatracać się w świecie Na’vi. Staje się pełnoprawnym członkiem plemienia, a także zakochuje w Neytirii, tóra odwzajemnia jego miłość. Zostają więc parą. W tym samym czasie, upływają trzy wyznaczone miesiące, które pułkownik wyznaczył Jake’owi do namowy Na’vi na przesiedlenie się. Gdyż cenny materiał, jakiego poszukuje grupa znajduje sie właśnie pod Domowym drzewem Na’vi. Pułkownik wysyła więc roboty i bultożery, mające zniszczyć drzewa i spowodować, że Na’vi opuszczą to miejsce. Na stacji badawczej dochodzi do rozłamu, gdyż Grace nie chce dopuścić, by machiny pułkownika zniszczyły dom Na’vi i najcenniejsze dla nich skarby ukryte w lesie. Twierdzi, iż istnieje sieć pomiędzy korzeniami drzew, a Na’vi, z którego plemię korzysta. Pułkownik jednak nie godzi się z tym i chce siłą odebrać Na’vi cenny materiał, w postaci zburzenia ich domu, oraz tego co posiadają, a potem zabicia plemiania. Jake chce ostrzec plemie, jednak zostaje odłączony i wraca do swego prawdziwego ciała. Prosi jednak pułkownika, iż przekona Na’vi do puszczenia Domowego Drzewa, które ma zostać znisczone. Ci jednak biorą go za zdrajcę i nie słuchają. W tym samym czasie Domowe Drzewo Na’vi zostaje ostrzelane, a przerażeni Na’vi muszą uciekać. W pożarze ginie ojciec Naitiri, która nie chce kontaktować się z Jake’em. Uciekający lud Na’vi kierują się w stronę Drzewa Dusz, ich świętego miejsca. Tymczaem avatar Jake’a pada na ziemię, a cały badawczy zespół jest schwytany i uwięziony przez pułkownika. Z pomocą jednak przychodzi jedna z dziewczyn będacych w oddziale pułkownika, która nie chce już zabijać Na’vi i niszczyć ich domu. Uwalnia ona zespół Grace, w którym znajduje się Jake, jednak sama Grace zostaje ranna przy akcji ucieczki uwięzionych. Jake szybko znów staje się avatarem i pragnie udowodnić plemieniu, iż jest po ich stronie. Udaje mu się okiełznać stwora fruwającego w przestworzach, o którym opowiadała mu Neytiri, iż jest to niebezpieczny i potężny stwór, a okiełznać udało się go tylko pięć razy w ciągu trwania plemienia Na’vi. Ostatnim, ktoremu się to udało był dziadek jej dziadka. Jake przybywa do ludu Na’vi na czerwonym Toruku. Tak zostaje Toruk Makto- osobą ujeżdzającą Toruka. Przygotowuje też plemię Na’vi do walki z oddziałami pułkownika. Raniona Grace umiera, mimo tego, iż Jake zanosi ją do Eywii. Bogini Na’vi nie ratuje badaczki, a Jake poleca na’vi zebrać inne klany, by stanąć do walki z bultożerami i maszynami pułkownika. Rozpętuje się wojna i mimo wielkich strat, Na’vi, z pomocą dzikich zwierząt, których wolę poniekąd nagle zsyła im Eywia, za wcześniejszą prośbą Jake’a i Na’vi wygrywają wojnę. Niestety wielu z nich ginie, w tym nowy następca wodza- Tsu They. Ginie także avatar z drużyny Jake’a. Podczas ostatniej bitwy, jaka rozgrywa się pomiędzy Jake’em a samym pułkownikiem, kiedy robot pułkownika ma zabić Jake’a, Neytiri uwalnia strzałę, która zabija pułkownika. Niestety, Jake budzi się i dusi, gdyż jego mały barak badawczy do którego został przeniesiony uległ zniszczeniu, a do środka dostaje się mieszanka gazów, w której ludzie nie potrafią funkcjonować. Znajduje go jednak Naitiri i podaje mu maskę. Potem Jake zostaje wybrany przez umierającego Tsy They na nowego przywódcę plemienia. Jake zostaje w plemieniu Na’vi, z Neytiri i innymi, kiedy budzi się przyniesiony pod Drzewo Dusz, za sprawą Eywi tylko już  jako avatar…

„Avatar” jest skonsytuowany jak dobra bajka, opowiadająca o walce dobra ze złem, gdzie na końcu wygrywa dobro. Momentami fabuła filmu bywa bardzo naiwna, a całość przypominała mi historię Pocahontas, tym bardziej, że Na’vi są nawet podobni do Indian w niektórych zachowaniach. Jeżdżą też na koniach, strzelają z łuków…. kochają swoją krainę i chcą bronić jej przed odebraniem przez obcych, którzy weszli na ich teren. Wątek opowiadający o dziwnej, zakazanej miłości „obcego” przybysza Jake’a i córki wodza Naitiri też jest oklepany i pojawiał się już w wielu filamach. I choć wielu widzów może wzruszać, to jednak wydaje się zbyt pospolity i za dobrze znany. Mnie produkcja ta urzekła tylko dwoma rzeczami. Pięknymi, malowniczymi widokami i człowiekiem, który zatracił się w świecie „obcych” by zaznać szczęścia, którego nie miał na ziemi, wśród swoich. Kiedy Grace zapytała się, dlaczego przyleciał najedną z najniebezpiejszych planet i chce wziąć udział w niebezpiecznej misji odpowiedział, iż miał dośc tego, że nic nie może. Pragnienie wolności od kalectwa, a także poznanie uczuć, których wcześniej mu brakowało, przeniosły tego człowieka w inny świat, w inny wymiar. Jak sam stwierdził, wszystko się odwróciło, zdaję  się, że to jest tylko sen, a tamto to prawdziwe życie.

„Awatar” to jak dla mnie opowieść o poszukiwaniu szczęścia w w kontekście naukowych badań i tego wszystkiego, co daje ludziom inny świat, odkrycia i nowości. Jake choć był tylko narzdziem w rękach wielkich naukowców i odkryć badawczych, znalazł to, czego brakowało mu by być szczęśliwym, wolnośc, miłość i akceptację. Ta choć banalna historia prostego żołnierza jakim był Jake, pokazuje świat pragnień zwykłego człowieka, których w tym kontekście nauka zdaje się nie widzieć? Stwierdzono, iż niektórzy widzowie popadli w depresję po obejrzeniu tego filmu, z powodu braku możliwości życia na pandorze. Film bardzo dobrze obrazuje zadawane sobie od XIX wieku pytanie… wciąż to samo… serce, czy rozum?  O niemożności pogodzenia tych dwóch kwestii na planecie zwanej Pandorą, w zamyśle Jamesa Camerona już wiemy, a jak się to ma w kontekście naszego, ziemskiego życia…?

Opublikowano Eseje | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Niewierna”

Ona, szczęśliwa żona i dobra matka, on- młody, zdawałoby się głodny przygód, a może zamknięty w swoim świecie, jakim jest zasłane książkami mieszkanie na ostatnim piętrze pewnej dzielnicy? I jeszcze ktoś…

Ostatnimi dniami czegoś poszukiwałam, jakiegoś bodźca, który by wzbudził tę iskrę natchnienia, mocy, czegokolwiek, bym mogła odnaleźć sens w dniu dzisiejszym. Leniwie więc przeglądałam, co mogłabym obejrzeć środowym popołudniem. Tak, przypadkiem, natchnęłam się na zwiastun jednego ze starych, w tych latach już filmów „Niewiernej” w reżyserii Adriana Lyne. Obejrzałam… niby dramat, niby erotyk, w sumie erotyki było tam niewiele lecz film zaciekawiał zupełnie czymś innym. Ciemne klatki, ponure ujęcia, zbliżenia… Całą przestrzeń wydała mi się tak dobrze skądś znana. Ponure uliczki jednej z amerykańskich dzielnic, domek na  przedmieściach równie w amerykańskim stylu, zakurzone mieszkanie. To wszystko wzbudziło moje zainteresowanie fabułą i choć mogła by się wydawać zgoła banalna, to jest w tym filmie coś, co na mnie osobiście działa jak magnes, jeśli chodzi o kino- zdawało by się autentyczność ról. Nie bez powodu, Diane Lane została mianowana do Oscara za odtwórczynię głównej roli. Klimat tego filmu, jego „ponurość” i zdawałoby się małostkowość oraz bohaterowie przepełnieni przeróżnymi emocjami zdawali się zachęcać na tyle, aby zobaczyć cały film…

Jest poranek, główna bohaterka, Connie, wyprawia synka do szkoły, a męża do pracy, co prawda tego ranka na zewnątrz okropnie wieje, ale mimo to, kobieta decyduje się pojechać po rzeczy na jedną ze swoich aukcji charytatywnych. Kiedy wraca z rzeczami upada i rani się w kolano, jednak wstaje i chwile potem, gdy chce złapać taksówkę, wpada na pewnego mężczyznę. Jest nim Paul Martel, tutejszy akwizytor książek. Ponieważ wichura nie daje za wygraną, żadna taksówka się nie zatrzymuje, a Connie ma obdarte kolano, nowy znajomy zaprasza ją do swego mieszkania, by przemyła ranę. Kobieta ma obawy, jednak po chwili godzi się i idzie do mieszkania akwizytora. Mieszkanie jest nieco inne, niż mogłaby sobie je wyobrażać. W centralnej jego części stoją półki, a na nich stosy książek, jest też parę dużych figur, worek treningowy, parę otwartych, ułożonych na stole książek… W zasadzie mieszkanie należy do jednego z francuskich rzeźbiarzy, a jego lokator twierdzi, że cieszy się, iż ma gdzie podziać się z książkami. Connie udaje się do łazienki i przemywa ranę, potem dzwoni do domu domu i oznajmia, że spóźniła się na pociąg. W tym momencie mężczyzna obserwuje ją uważnie. Podczas tego spotkania Connie dostaje od mężczyzny jedną z książek. Główna bohaterka nie chce jednak zabawiać długo i wychodzi by zdążyć na pociąg. W domu opowiada mężowi  o całym zajściu, jak upadła i, że pomógł jej jakiś miły mężczyzna. Początkwo bohaterka nie przywiązuje to tego zdarzenia wagi i zdaje się żyć tak, jak przed nim, choć chce podziękować swojemu wybawcy i za namową męża, wysłać mu butelkę wina.  Któregoś dnia, znajduje w ofiarowanej przez niego książce numer telefonu. Myśli więc, że to dobra okazja, by zadzwonić i podziękować. Dzwoni więc z… telefonu znajdującego się na dworcu kolejowym. Początkowo mężczyzna nie odbiera, potem jednak zaprasza ją do siebie na kawę… Cały czas zachowując się tak, jakby potrafił przewidzieć to, że zadzwoni…

Chwilę rozmawiają, Paul pokazuje kobiecie książkę napisaną alfabetem Braila, lecz mówi, że powinniśmy inaczej wymawiać jego imię. Connie nie wypija kawy przygotowanej dla niej wcześniej, wychodzi czym prędzej z mieszkania. Wahania narastają, kobieta nie wie, po co tam poszła i dlaczego coś ciągnie ją do tamtego mieszkania… Kolejna wizyta Connie u Paula, zdarza się niby przypadkiem, przynosi mu ciastka i w zasadzie chyba sama zdaje się nie wiedzieć, po co przyszła, twierdzi, że była w okolicy i… pomyślała, że zajrzy. Między Paulem a Connie nawiązuje się coraz to bliższa relacja pożądania i namiętności i choć kobieta wyraźnie tego nie chce, po raz pierwszy zdradza wtedy męża, idąc z młodszym akwizytorem do łóżka.

Choć mężatka ma ogromne wyrzuty sumienia, co z resztą ukazuje postać Connie, targana jak wiatr emocjami, które w niej są, pomiędzy nią a Paulem nawiązuje się specyficzny r-0,500-n-865226gVdcrodzaj relacji, przepełniony namiętnością, ale i… obsesją. Zdawało by się, iż Connie nie ma wyraźnych powodów by zdradzać męża. Jest on kierownikiem firmy, dobrze zarabia, dba o nią i o ich synka, który kończy właśnie dziewięć lat. Jednak kobieta pragnie czegoś jeszcze niż stabilne życie u boku statecznego mężczyzny. Być może młodszy, zagubiony, artystyczny „rozbitek” daje jej to, czego nie dostawała przez lata od męża, ryzyko, dobrą zabawę i dziką namiętność. I choć Connie uważa to za szaleństwo, brnie w ten romans dalej i dalej… pozwalając by młody mężczyzna stał się jej obsesją. Ich spotkania pełne są podniecanie i namiętności, choć tak naprawdę, Connie niewiele wie o młodym akwizytorze książek.

Mąż Connie, Edward podejrzewa, że coś się dzieje z jego żoną, gdyż zaczęła bardziej dbale dobierać ubrania i kłamać. Prosi więc o pomoc zaufanego znajomego, by ten, śledził jego żonę. Gdy do rąk Edwarda trafiają zdjęcia Connie i Paula, wraz z adresem jego mieszkania, gdzie spotykają się potajemnie w dnie, gdy Edward wychodzi do pracy, wie już, że się nie mylił. Postanawia pójść do kochanka żony, sam chyba nie wie w jakim celu. Kiedy stoi na ulicy, patrząc w okna mieszkania, nie ma odwagi, właściwie nie wie, po co tu przyszedł. Gdy odwraca się, Connie wybiega w pośpiechu z klatki po kolejnym zbliżeniu z kochankiem. Przez drzwi w kamienicy wychodzi jednak staruszek, wpuszczając Edwarda do środka. Ten idzie pod drzwi mieszkania Paula, kiedy zostaje przez niego wpuszczony, choć z dużym zdziwieniem i podejrzeniami, chwilę rozmawiają,a Mąż kobiety dziwi się, że rozmawiali o nim. Jednak gdy Edward zauważa w sypialni jeszcze nie pościelone łóżko, gdzie jego żona i Paul się kochali, zaczyna czuć się fatalnie… Emocje zaczynają przybierać na sile. Kiedy jednak widzi ozdóbkę  szklaną, którą podarował żonie w mieszkaniu Paula, a ten oznajmia mu, iż dostał ją od Connie, w mężczyźnie coś pęka. Jest mu niedobrze, ma zawroty głowy, duszności. W przypływie złości, rozbija szklaną ozdóbkę na głowie Paula, tak nieszczęśliwie, iż ten zaczyna krwawić i pada martwy na ziemię…

Edward jest spanikowany, nie wie co ma robić, w przypływie zdrowego rozsądku jednak szybko zaciera ślady, w tym samym czasie wysłuchując nagrania od Connie, która dzwoni na telefon Paula, mówiąc, że muszą skończyć z tym romansem, gdyż nie potrafi dłużej tak żyć, oszukując wszystkich i krzywdząc rodzinę. Mężczyzna na drugi dzień w nocy, wywozi ciało kochanka, zawinięte w dywan na śmietnisko…

Kiedy ciało zostaje przypadkowo odnalezione, a Connie dowiaduje się o tym, iż Paul Martel nie żyje, choć początkowo, przy mężu nie daje po sobie poznać emocji, później Edward zauważa jak szlocha…. Czy daje to odczuć widzowi, iż poza namiętnością jaka łączyła tych dwojga było coś jeszcze? Gdy Connie zauważa ozdóbkę z powrotem we własnym domu, tę, którą przecież podarowała kochankowi, zaczyna podejrzewać swojego męża. W trakcie kłótni z nią, Edward przyznaje się , iż zabił Paula. Małżeństwo stara się jednak normalnie żyć, tak by ich synek niczego nie podejrzewał. Connie pali zdjęcia zrobione jej i Paula przez śledzącego ją mężczyznę, które znajduje w kurtce męża… Myśląc o tym, iż lepiej byłoby gdyby nigdy nie weszła do mieszkania akwizytora. Connie chce wyjechać, zmienić nazwisko, zacząć wszystko od nowa, małżeństwo postanawia spróbować jeszcze raz. I choć, sądzę, że niektórzy oglądając tę część filmu, odczuliby niesmak, iż Edward zdecydował się pozostać z żoną po zdradzie, spekuluję, iż nagranie jakie usłyszał będąc w mieszkaniu kochanka, go przekonało. Oglądając kolejne sceny relacji pomiędzy małżeństwem, coraz bardziej utwierdzałam się we wniosku, iż sytuacja ta pomogła na nowo odkryć kobiecie miłość męża i znaczenie rodziny, kiedy patrzyła na męża pomagającemu grać na pianinie synkowi i czytała odnalezioną kartkę z napisem „mojej żonie, najpiękniejszej ozdobie każdego dnia”. 

Czy byłoby lepiej? Czy mogło nie dojść do tragedii? Kiedy po całym już filmie i rozwoju wydarzeń, ukazuje się scena z kobietą, która szlochając, wkłada podpalone zdjęcia do kominka, zastanawiam się, czy rzeczywiście, jej relacja z Paulem była tylko przelotnym romansem, naznaczonym namiętnością. A może było w niej coś głębszego, czego kobieta nie chce pokazać przed mężem, by go już nie ranić? Autor nie wyjaśnia tej kwestii. Pomiędzy romansem pełnym pożądania pozostają przecież sceny opieki nad synkiem i zaangażowania w życie rodzinne, ciągle niezmiennego. Film pozostawia wiele pytań, bez odpowiedzi, wiele emocji, bez wyjaśniania ich powstania i jest dla mnie jakby filmem bez zakończenia… Choć prozaiczny widz, zobaczy w nim historię małżeństwa, gdzie żona pozostając niewierną mężowi, zdradza go z przypadkowo poznanym mężczyzną, można w nim doszukać się czegoś jeszcze… Ta małostkowość, rola drobiazgów w tym filmie, sposób rozmów bohaterów oraz liczne dźwięki muzyczne tworzące swoisty nastrój oraz oddające zarazem sam dramatyzm i charakter filmu zbierają się na pewną otoczkę fabuły, która to otoczka wskazuje właśnie na pewien drugi wymiar i inne znaczenie przedstawianych wydarzeń. Silne emocje odgrywane przez aktorów również podkreślają charakter fabuły i wnikliwość filmu. Tak na prawdę, mnie żal było Paula Martela i tego, że jedna głównych postaci odchodzi. Choć można odebrać go w tym filmie jako niewyżytego, chcącego zaspokoić swoje potrzeby erotyczne, faceta, zdradzającego jak się później okazuje żonę, z którą był w separacji, to jednak ekscentryczność jaką posiadał z równie dużą wrażliwością na sztukę, czyni z niego postać ciekawą i niejednoznaczną.

Film wzbudził we mnie emocje, a mało jest stosunkowo takich filmów, które je we mnie wzbudzają, być może dlatego, że jego fabuła wiąże się z jakąś stratą. A dodatkowo nastrój jaki w nim panuje, charakterystyczny dla pewnego rodzaju kina, bardziej chyba starszego niż nowszego, bardzo do mnie przemawia. Nie wiem, dlaczego polubiłam takie „ciemne” i wydawało by się utrzymane w ciągłym nastroju smutku filmy, ale takie własnie, potrafią we mnie wzbudzić emocje. A to, iż nie wszystkie zdawało by się „wątki emocjonalne” zostały rozwiane i dostatecznie, jak dla mnie, wytłumaczone, czyni ten film ciekawszym ale i bardziej tajemniczym zarazem. Po obejrzeniu ostatniej sceny poczułam jakiś niedosyt, tak, jakby ktoś urwał film w połowie jego historii… Ale czy ta historia mogła mieć inne zakończenie?

Opublikowano Eseje | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Krótko o samotności…

Od wczorajszego wieczoru życie znów wygląda ponuro i bezładne. I choć może nie będę w tym miejscu pisać dlaczego tak jest, napiszę, iż zdziwiła mnie jedna jedyna rzecz. Bowiem ludzie nieszczęśliwi często odmieniają swe życie, kiedy znajdują swoją drugą połówkę. I czasem, tak jak dziś zastanawiam się, czemu to u mnie nijak nie działa? Dziś znów czuję się tak bardzo pozostawiona, odrzucona, opuszczona… Kiedy się tak czuję, zaczynam zastanawiać się czy moja relacja z Panem ze skrzydłami w ogóle ma sens? Jeśli nie daje mi tego, co sprawiałoby, żeby moje życie wyglądało inaczej… Jednak to są takie pojedyncze dni, kiedy znów w nic nie wierzę. W dobro, w miłość, w dobre intencje ludzi wokół mnie. Wtedy mi źle…

Są takie momenty, jak było tych kilka złotojesiennych dni tej jesieni, kiedy potrafię zapomnieć o ludziach, skupić się na sobie (może to egoistyczne, ale mi bardzo potrzebne) i wtedy czuję się lepiej, czuje, że zaczynam realizować swoje własne cele, marzenia, potrzeby, żyć swoim własnym życiem, jednak przez czas spędzany ostatnio w znacznie większych ilościach w domu, z racji nauki, jakoś mi to znów nie wyszło, może muszę spróbować jeszcze raz…

5c2a11e82342dc562ffd3a9d919f54d6

Opublikowano Nad przepaścią..., Nie wiem co się dzieje..., Osobiste zapiski, Rozmowy nocą | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Noc z 3 na 4 listopada…

Leżę w łóżku. Na początku było mi gorąco, potem jednak, wraz z upływem noc stała się chłodniejsza. Naciągam na ciało kołdrę. Obok mnie śpi Pan ze skrzydłami. Zerkam na jego twarz, jednak jest zbyt ciemno, żebym mogła ją zobaczyć. Powietrze zamienia się w moim oku na jakieś ciemne kuleczki, wiruje i przemieszcza się. Nie mogę zasnąć, rozbudzona w środku nocy przewracam się z boku na bok, z jednej strony na drugą, naciągając kołdrę  i licząc na to, że może jakieś specyficzne ułożenie ciała pozwoli mi zasnąć.

Nagle do mojej głowy zaczynają napływać różnego rodzaju myśli, może bardziej wspomnienia. Myślę o tym, iż za bardzo się boję, za wielką wagę przywiązuję do rzeczy błahych, nieistotnych, nieważnych, dat, pór roku czy dni… To wszystko jakoś w specyficzny sposób mnie ogranicza. Myślę o tym, że powinnam inaczej postępować z moim zwierzęciem, przecież ja go tu sprowadziłam, ja go chciałam mieć, zatrzymać. A czasem po prostu pada deszcz, czy wieje zimny wiatr- i odpuszczam, zamiast się zmobilizować. Jestem beznadziejna. Potem jednak moje myśli zaczynają krążyć wokół minionych lat mojego życia. Czuję, że się zmieniłam… Nie wiem do końca jak, na pewno stałam się racjonalna, co jest normalne wraz z wiekiem oraz bardziej przyziemna, nie umiem się już tak zachwycać, nie ma we mnie aż tak dużej wrażliwości, która de facto pomagała mi pisać i znajdować w świecie to, co było dla mnie ważne. Dziś ograniczają mnie tylko terminy, stos terminów, obowiązków i innych ludzi- studia, książki, grupa jakichś bardzo znikomych znajomych, z którymi czasem zamieniam słowo na uczelnianym korytarzu. To całe funkcjonowanie w tym świecie, który mam dziś jest dla mnie takie inne, błahe, zupełnie mi nieznajome.  Choć z drugiej strony jest dobrze- bo stabilnie. Jednak czegoś mi brakuje. W tym całym pędzie na korzyść świata zgubiłam chyba siebie i swoje pragnienia, czasem zdaje mi się- uczę się na nowo j odzyskiwać, wierzyć im i za nimi podążać, ale czy to aby na pewno sprawi, że poczuję się dobrze? Częściowo mi lepiej.

Przypominają mi się dawne sytuacje, w tę noc bardzo szczegółowo i to te, na które nie zwracałam jeszcze nigdy w życiu dość dużej części uwagi. M. in. kalendarz z 2005 roku, taki specyficzny, który zawsze wisiał na ścianie, gdy żegnałam się z matką i ojcem po wspólnym weekendzie, albo spacery z babcią po łąkach, letnimi popołudniami. Nasza koza, która potem trafiła do woj. świętokrzyskiego i zdjęcia w upalny dzień robione na huśtawce. Jest rok 2011, potem 2012, chodzę do gimnazjum… mam 15 lat. Niedawno, całkiem niedawno. Mimo to świat wydaje się być zupełnie inny, choć bardziej dziwny i nieprzewidywalny.

Potem pamiętam 2014 rok- siedzę z babcią pod jakimś małym drzewem, brzoza. Tak, to była brzoza. Chciałam zrobić jej zdjęcie, niestety nie mam zbyt dobrego aparatu w telefonie. Mama znowu pije, mam się o nią martwić. Sama nie wiem, tak naprawdę jestem na nią wściekła, chciałabym wierzyć, że się pozbiera, a mój las jest odskocznią, miejscem gdzie mogę choć na chwilę zapomnieć. Zapomnieć? Raczej się nie da, ale choć na chwilę ucieszyć oczy widokiem innym niż ten niechciany, oderwać się, choć połowicznie. Koń jest chory, zaczyna kuleć, trzeba jemu również poświecić uwagę i czas. To wszystko mnie przerasta. Potem siedzimy opierając się o jakieś duże drzewo. Za nami jest dość duży wąwóz, przed nami- bezradność. Babcia opowiada mi coś o tym, jak była mała, jak Digital Cameraprzychodziła tu z jakimiś dzieciakami i biegali po tych łąkach, a ludzie kopali ziemniaki, moja praprababcia miała tam działkę i do niej przybiegała. Ta opowieść choć na chwilę pozwala oderwać myśli od pijącej matki, 2 lata trzeźwości, a potem znów to samo. Alkohol przez kilka dni, może tydzień, brak chęci przyjęcia pomocy, brak jakiejkolwiek reakcji na naszą pomoc. Siedzę więc oparta o korę brzozy i patrzę w dal. Nie wiem co jeszcze mogę uczynić tamtego dnia, wiem, że nie zasnę…  W drodze powrotnej spotykamy jakiegoś sąsiada, nie chce się gadać, więc wymienia się parę jakichś tam słów, tak naprawdę zbędnych dla całej tej sytuacji. Wracam do domu, z oczekiwaniem…

Tak naprawdę każde, to, czy inne tego typu wspomnienie wiąże się z tymi samymi osobami, a połączone jest jednym mianownikiem- rodzina. Az dziwne, że wcześniej sobie tego nie uświadomiłam… Moje życie, postrzeganie, odczuwanie świata się zmieniło wraz z warunkami mojego życia- nowe sytuacje, szkoła, brak głębszych relacji z ludźmi podobnymi wiekiem, ale też głównie przez moją rodzinę. Kiedy moja rodzina zaczęła się zmieniać, zaczęłam się zmieniać również ja. Ich choroby i demencja dziadka oraz prababci muszą mieć coś w tym wspólnego… Kiedyś jest ich pełno w moich wspomnieniach, teraz… jest to obraz zupełnie innych ludzi. Po raz pierwszy też zaczęłam zdawać sobie sprawę, że… przecież oni zbliżają się do śmierci krokami tak wielkimi, jakich ja nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić. A potem… co będzie potem? Całe moje życie koło mnie byli, szczególnie babcia, która też już powoli dobija siedemdziesięciu lat. Ta wizja jakoś mnie przeraziła. Wiem, że bez niej świat nie będzie już tym samym światem, którym był przedtem… Ludzie w jej wieku umierają. I mimo tego wszystkiego, co dzieje się w moim życiu teraz w relacji z nimi, a mianowicie, iż nic nie dają sobie wytłumaczyć, są zaborczy, zawsze byli i nie rozumieją mnie, to zawsze przecież byli. I gdyby ich miało nie być to cały świat na którym opiera się moje życie, może nie w kwestii emocjonalnej, ale czysto fizycznej, by runął. Miałabym zostać sama w dużym, pustym domu? Z kim miałabym jeść kanapki na śniadanie? I choć wiem, że prawdopodobnie moje życie do tego czasu się zmieni, może w ogóle nie będzie mnie już we własnym domu, w którym żyję teraz to jednak pozostanie wielka pustka, pustka przyzwyczajenia i kontaktu, jedynego w swoim rodzaju, bo przecież mnie wychowali. Pozostanie mi tyle wspomnień, które już nigdy nie będą odtworzone, z resztą- już nie będą. Pewnie kiedyś pójdę w te miejsca i poczuję smutek…

Odwracam się na chwilę twarzą do Pana ze skrzydłami, tak smacznie śpi, jest zmęczony po pracy i studiach. Na chwilkę się budzi, obejmuje mnie, jest mi jakoś cieplej w jego ramionach, bo noc nadal pozostaje zimna. Jakiś czas potem, zasypiam…

Opublikowano Nad przepaścią..., Osobiste zapiski | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 6 komentarzy

Wszyscy Święci balują w niebie, złoty sypie się kurz…

„…a ja włóczę się znów bez Ciebie.
I do piekła mam tuż…
Świat się tylko już ze mną kręci,
gwiazdy płoną jak stal.
Skasowałaś mnie z swej pamięci,
aż mi siebie jest żal…”

Wczorajszy dzień przyniósł mi chyba to, na co czekałam od dnia ostatniego zamieszczenia tutaj wpisu „Dziwny czas…”Poszłam wczoraj na cmentarz, co prawda pogoda nie sprzyjała wcale, bo padał ulewny deszcz i wiało niemiłosiernie. Wśród tych zalanych wodą uliczek, rozmokłej ziemi, pozrzucanych z grobów kwiatów i dogasających lampek, które rzucały na groby różne odcienia czerwieni, żółci, niebieskości i zieleni, poczułam coś, czego nie czułam już dawno. Ogarnął mnie jakiś wgląd w siebie. Może to miejsce ma takie działanie, albo wyznaczniki kulturowe, bo przecież będąc na cmentarzu wypada się zatrzymać, jednak wczoraj poczułam to bardziej dogłębnie. Jakoś tak zawsze jest tak, że na Wszystkich Świętych, w ten jeden dzień, kiedy pochylam się nad grobami, widzę ten stos kolorowych światełek na grobach i figurki aniołów z kamienia, oprócz myśli o bliskich zmarłych, nachodzi mnie jeszcze inna myśl. Mianowicie w tym całym wyciszeniu czuję dziwną atmosferę, jakby coś pomiędzy życiem, a śmiercią…  Jest tylko cisza, nie ta określana jako zatrzymanie się, zadumanie, ale ta powodująca, że nagle wartości się odwracają, a człowiek przez chwile przyjmuje inną postawę wobec życia, celów do których dąży, marzeń, które ma. Przelatuje mi przez głowę obraz mojego życia, marnego, krótkiego i zdaję sobie sprawę, że w tej jednej chwili, kiedy stoję tu i patrzę w dal, na odległe groby, toczy się życie. To ono właśnie jest tą jedną chwilą. Że w tej jednej chwili właśnie mogę wszystko, a zarazem nic. Potem przypominają mi się podobne stany, których doświadczyłam w innych miejscach. Kiedy się wzruszałam, lub kiedy zachwyciłam tak zwyczajnie jakimś widokiem, być może dla wielu zwykłym, nic nie znaczącym widokiem. Istnienie zdaje się być zarazem tak bardzo kruche i tak bardzo doświadczalne…

Wczoraj, gdy tak patrzyłam na rozmoknięty cmentarz, na ludzi gnających gdzieś w strumieniach deszczu, to wszystko było tak bardzo na pograniczu czegoś nieznanego, co dało się było tak wyraźnie odczuć. Biologicznie rzecz ujmując, osobniki homo sapiens troszczą się o nagrobki innych osobników homo sapiens, których od dawna już zjadają robaki… Szczerze powiedziawszy, to najbardziej mnie przeraża i dołuje w tym całym obrządku. Ludzie często o tym nie myślą, ale mnie jakoś ciężko się żyje z myślą, że mojego ojca zjadły robaki… że jego ciało zgniło, że został może tylko „ładny” grób. Biologia jest nieubłagana, czas również…

Z tej wczorajszej zadumy, z tych stanów zatrzymania wyrwało mnie wczoraj samo życie, konieczny do zrobienia projekt na studia, ludzie. Kolejna taka chwila nadeszła dopiero wieczorem, kiedy pomyślałam o utworze „Bal wszystkich Świętych” Budki Suflera. Piosenka stara i wszystkim dobrze znana. Jednak w muzyce na każdy dzień znajdzie się coś 200152dobrego. Przypomniała mi się chwila, kiedy słuchałam tej piosenki z żalem i prawdziwą samotnością w sercu. Wtedy słowa te miały inny wydźwięk. Co prawda, tekst jak dla mnie nadal aktualny i wszystko się zgadza. Przywołała stare czasy, jeśli mogę powiedzieć tak o latach w swoim życiu. Z nich zostały mi tylko wspomnienia zawarte w piosenkach, ich przeżywaniu i doświadczaniu, parę tekstów, parę zamysłów. Wszystko się pozmieniało, życie się zmienia. Wiem, ze od jakichś paru dobrych lat jest w moim życiu inaczej, ja się zmieniłam… Inaczej nawet spędzam dni, a może już nie pamiętam, jak spędzałam tamte? Przypomina mi się inny tekst.

„jeszcze mi tylko spacer pozostał,
wąską aleją, przez zielony las…”

Zaczęłam jakoś inaczej żyć, inaczej odczuwać świat, może wyrosłam? Pan ze skrzydłami mówi mi, że dużo we mnie dziecka, choć i dużo dojrzałości. To właśnie nasz paradoks… oboje tacy jesteśmy. Tylko, szczerze mówiąc, brakuje mi tamtego przeżywania, tamtego doświadczania świata, teraz są to tylko chwile, na które czekam czasami całymi miesiącami. Żeby móc się zachwycić, tak po prostu, niepretensjonalnie.

Od jakiegoś czasu też czuję w sobie coś, czego dawno nie doświadczałam, potrzebę zmian, potrzebę pójścia w innym kierunku, potrzebę spróbowania innej realizacji siebie, celów, spróbowania inaczej. Czy mi się uda? Mam nadzieję…

„W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Święci, mają bal…
W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Świeci mają bal…”

Czuję jakiś niedosyt tym wpisem, może nie to chciałam oddać, a może lepiej tego specyficznego odczucia nie potrafię…

Opublikowano Osobiste zapiski, Potrzebuję światła... | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Dziwny czas…

Poczułam się dzisiaj cholernie dziwnie. Właściwie to cały czas się czuję. Nie poszłam na cmentarz, jak wszyscy, pójdę jutro. Ta cała mieszanina smutku, rozmyślań i pochylenia się mBnktkpTURBXy84OWY3OTFmNDY5YTU1YWIyODYxNWE1ZTdkMmZiMTJmNS5qcGeSlQMAFM0D6M0CMpMFzQMgzQHCnad życiem i śmiercią mnie jakoś wykańcza, dołuje. Mam wrażenie, że za dużo było tej mieszaniny w moim życiu. Dziś dzień zadumy, ciszy i rozmyślań, zatrzymania się. Jednak za każdym razem, kiedy się zatrzymuję, czuję tylko jedno- że chcę odejść i już się nie zatrzymywać. Być może jestem dziwna, bo nie potrafię, nie chcę. Pan ze skrzydłami stwierdził wczoraj, że mój dom był przesiąknięty śmiercią, nadal jest… Za dużo się tutaj chodzi, mówi, za dużo tego czuję na sobie. Chcę żyć, nie śmiercią, a dniem dzisiejszym, tym, co dzieje się wokół. Wiem to, a jednak jakoś smutno mi, że nie jestem tam, z częścią mojej rodziny. Nie mogę znaleźć sobie miejsca, nie wiem, czego mi się chcę. Nie mogę się na nic zdecydować, jakoś mnie zarazem roznosi, a za razem coś powstrzymuje. To uczucie, którego nie trawię. Spojrzałam dziś przez okno, widziałam kuzynkę, z którą się wychowałam. Ludzie się dziś spieszą, ciągle gdzieś pędzą, a ja jakby trwam w miejscu. Próbuje znaleźć swoje, jakieś zajęcie, jakieś urozmaicenie dla myśli. Próbowałam czytać, ale książka też jakoś mi nie wchodziła. Czuję napięcie w całym ciele i jakby rzeczywistość się zatrzymuje. Nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie „co ja tu robię?”, „czego chcę?” i „dokąd zmierzam?” Wszystko jest tak bardzo jednostajnie czarnobiałe, tak jednolicie szare… Aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze żyję. Nie  mam planu, nie przewiduję, chce przetrwać ten dzień, jutro czeka mnie dużo pracy. Pamiętam 1 listopada rok temu, to było po pierwszej naszej rozmowie na uczelni, przepisałam cały późny wieczór z Panem ze skrzydłami…….

Opublikowano Potrzebuję światła... | Otagowano , , , , , , , | 8 komentarzy

Szczególny dzień!

Dziś jest dla mnie jakiś mój mały, szczególny dzień… Równo rok temu „poznaliśmy się” z Panem ze skrzydłami, właściwie to, zobaczyłam go po raz pierwszy na ekranie, a właściwie nawet nie jego, tylko jego imię i nazwisko. Nie będę tłumaczyć, po prostu- zobaczyłam. Odpisał mi coś, jakieś zdanie o regule logicznej. O dziwo, odpisał, bo nikomu wcześniej, ani później nie odpisywał. Oglądał moje zdjęcie…

Czuję, że na tym blogu przeoczyłam jakoś początek naszej znajomości. W zasadzie, nic tutaj nie wspominałam o naszych pierwszych spacerach po lesie, o rozmowach, o pierwszej kawie i o pierwszym buziaku, który był niekontrolowany i za który mój ukochany musiał się wstydzić przede mną. Miłe wspomnienia. Bardzo miłe, dla kogoś, kto przywiązuje wagę do posiadania takowej osoby „tylko dla siebie”. Muszę to nadrobić, zaległości na blogu w kwestii Pana ze skrzydłami.

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu, moje wątpliwości, cóż…poradziłam sobie z nimi. Pójście na studia, w ten cały zgiełk studentów i nauki dało mi nadzieję i choć czuję się zmęczona- poczułam się lepiej, zdecydowanie, poczułam, ze są ludzie, dla których są ważne również te tematy, które ważne są dla mnie i którzy to rozumieją. A nie od razu negują, więc poczułam swoją celowość i wzbił się we mnie jakiś zapał do pracy. Uznałam, że swoje potrzeby trzeba realizować. Poczułam się ważna, tak po prostu. Zwróciłam się też bardziej ku mojemu życiu i potrzebom. Czego wcześniej nie robiłam. Poczułam, że wraca do mnie moja wrażliwość, to wszystko- czego doświadczałam będąc młodszym człowiekiem, a czego mi bardzo brakowało w życiu od jakiś paru lat wstecz. Zajmując się jakimiś dziwnymi problemami, nie umiałam się skupić na życiu, a może „życie” wydało mi się po prostu za trudne, aby się na nim skupić, więc wolałam inną drogę? Nie wiem… W każdym razie dziś czuję się w miarę okej i cieszę się an kolejny zjazd na uczelni, choć ma on trwać 4 dni i być bardzo męczący… Pewnie uda mi się też zobaczyć z Panem ze skrzydłami. Bo od dwóch tygodni się nie widzieliśmy i bardzo mi go brakuje. Wczorajszego dnia też byłam na fajnym wydarzeniu kulturalnym, ale o tym już innym razem…

11987691_rozpromieniona-krolowa

Opublikowano Miłe dni i wspomnienia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Czy świat musi być okrutny?

Znowu nastał czas niepokoju, który jest we mnie. Zauważyłam, że jakoś częściej piszę tutaj… Parę dni temu wróciłam z wizyty u Pana ze skrzydłami. Od tego czasu jakoś nie potrafię zaznać spokoju. Wszystko się tak pokomplikowało… Na tym blogu zawarłam całe swoje życie z ostatnich dwóch lat, prawie całe i prawie dwóch. Za niedługo będą drugie urodziny tego blogu, mało było wizyt… może przez to, że zahasłowałam blog? Z resztą… nie o wizyty tu chodzi, cieszę się, że ktoś jeszcze ten blog komentuje. Bywało różnie, różne wpisy się tu pojawiały. Dziś, choć nie mam weny do pisania to muszę chyba z siebie wyrzucić gdzieś cały ten lęk, napięcie, które jest we mnie i którego nawet nie rozumiem po co we mnie jest, kiedy nic złego się  (jeszcze) nie dzieje.

Pan ze skrzydłami coraz bardziej wraca do czasów gimnazjum, biegania z kolegą i dobrej zabawy. Muszę przyznać, że się zmienił. Zmienia się… Kiedy go poznałam był inny. Czułam, ze mu na mnie zależy. Teraz coraz częściej zwraca się ku pasjom i planom, które też nie do końca mogą mu służyć. Chce robić piwo, w domu, sam… okej niech robi, do tego chce kupować jakieś wykwintne piwa i próbować ich smaku, w dawce takiej, że uznałam, ze to trochę jednak za dużo… Powiedział mi to dzień przed wyjazdem, kiedy do niego jechałam na urodziny. Miałam ciężką noc, nie mogłam spać, potem jakiś nagły ból brzucha- objaw nerwicy, eh… Rano wyjazd, droga przebiegła okej, powiedziałam mu, o swoich obawach. O tym, że mam już dość uzależnień, boje się ich, nie mam już siły nikogo ratować, podnosić, wyciągać z dołku, z alkoholu, nie mam na to siły, nie chcę takiego życia… Na co stwierdził, że przecież upijał się nie będzie, bo to do niczego. Jest świadomy tego, że może się uzależnić, a jak będzie trzeba to rzuci swój nałóg, tak, jak rzucił papierosy, w jeden dzień, bo zna siebie i wie, że chce nad tym panować. Nie wiem, czy wierzyć, czy nie… Nadal odczuwam lęk, nie chcę by niszczył sobie zdrowie z powodu pasji, w której jak rozumiem, nie da się oddzielić alkoholu od innych składników, ale jednak w jednym piwie będzie go więcej, w innym mniej, a organizm się przyzwyczai po jakimś tam czasie. Może to też miało wpływ, że w ich domu ojciec zawsze robił jakieś nalewki, dużo wina, choć robi dobre i nie pije tego w sposób aby się upijać, to jednak to alkohol. Boję się o niego…

Do tego w pracy spotkał faceta, który niegdyś był narkomanem, brał twarde narkotyki, a teraz przeszedł na samą marihuanę, bo jego terapeuta tak zalecił, by powoli zejść z jakichkolwiek substancji uzależniających. I dobrze, tylko, że facet otworzył w domu hodowlę tejże roślinki… i teraz rozdaję ją innym. Ostatnio też podarował ją Panu ze skrzydłami. A ponieważ ten już kiedyś, w młodości, jak to dzieciak, eksperymentował to wie, że na niego akurat ta substancja działa uspokajająco i mówi, że czasem sobie zapali, bo fajnie wtedy posłuchać muzyki i ma się ciekawe odczucia, wiadomo, żeby tego nie palić nałogowo, ale raz na miesiąc to jest mniej szkodliwe niż alkohol, a pozwala się wyciszyć i posłuchać muzyki. Również powiedziałam mu o swoich obawach, o możliwości uzależnienia. Cóż.. wiem, że roślinka niczemu nie winna, ma też przecież właściwości lecznicze i rzeczywiście nie jest takim całkiem złym produktem, oszukuje trochę mózg i tyle. Z punktu substancji i działania na ludzki organizm, nawet bardzo ciekawa, tylko, żeby nie przesadzać…

Wiem, że to te wszystkie substancje mogą ciekawić, jest młody, kiedy mamy sobie pozwolić na takie coś? Jak będziemy dorośli? Wtedy trzeba będzie myśleć o innych rzeczach, jednak nie ukrywam, że się martwię. Zapewnia mnie, że nad wszystkim panuje, że nie che być uzależniony bo to nie to, że to tylko do tych pojedynczych celów, ale nie wiem czy mu wierzyć, w końcu nie mam gwarancji, że organizm tak zareaguję. Powiedziałam, zrobi jak będzie uważał. Rodzina mówi, że mam zakazać mu piwa, bo się wykolei. Ale ja nie chcę nikomu niczego zakazywać, przecież to dorosły człowiek, powinien wiedzieć co robi. Gdy byłam u niego w domu i czekałam, aż wróci z pracy, rozmawiałam z jego ojcem, cóż, ciężki do rozmowy przypadek, ale teraz chciałam napisać bardziej o tym, iż powiedziałam mu o swoich obawach względem picia piwa przez Pana ze skrzydłami. No cóż… mogę takowe mieć. Wieczorem, kiedy już byłam u siebie w domu, napisał mi Pan ze skrzydłami, ze smutne to, że rozmawiam z jego ojcem na nasze prywatne sprawy… bo on nie chce aby oni wiedzieli. Nie chcę się wtrącać między niego, a jego rodziców, to ich sprawy, z resztą, co mnie to obchodzi. Nie mam już siły zbawiać całego świata… tylko martwi mnie to wszystko i czuję jakąś dużą niemoc, bezsilność. A może za bardzo się przejmuje,rzeczami, które nie muszą mieć jakiegoś wielkiego wpływu na naszą relację. Może to tylko ja mam w głowię całą listę czarnych scenariuszy? Tego nie wiem przecież, co będzie za kilka lat… a czas jest. Idą studia, drugi rok…  ale jakaś taka… mało ważna się czuję, nawet nie wiem czemu… jak się poznawaliśmy to czułam się inaczej, jakoś lepiej niż teraz. Może trzeba do tego wrócić? Zając się bardziej myśleniem o sobie, przecież on i cała ta sytuacja nie ma władzy nade mną, abym się czuła źle czy dobrze sama ze sobą…

stylowi_pl_nauka-i-natura_jesienny-deszcz_13013436Pogoda jest nieposkromiona, z nieba ciągle spadają krople deszczu, a temperatura bardziej przypomina tę zimową niż jesienną. Leżąc wczoraj jeszcze w łóżku i już prawie zasypiając postanowiłam też zaangażować się w swoje pasje. Może choć taki rodzaj działań zastępczych pozwoli mi jakoś przeczekać ten cięższy czas…Zrezygnowałam jakoś z wysyłania prac na konkurs, nie mam nastroju, może najpierw muszę odbudować to coś, co jest we mnie, a później iść po ocenę.

„Kiedy tak patrzysz na mnie i czuję twój lęk, taki sam jak mój, przed nieznanym.
Nie wiem co będzie z nami i niewiele wiem sam o sobie samym.
Patrz tylu ludzi pobłądziło gdzieś.
Ich drogi rozeszły się i straciły sens.
Nie wiem co będzie z nami i niewiele wiem sam o sobie samym.

Lecz proszę cię teraz uwierz mi.
Nie ważne w życiu są przyszłe dni.
Ja wierzę, że miłość zawsze trwa
choćby zło miało najlepszy czas…”

Opublikowano Nad przepaścią..., Potrzebuję światła... | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

Trudne relacje

Znowu niezrozumienie, znów to samo, ciągle to samo, przez całe życie… Czy ona na prawdę nie potrafi mnie zrozumieć, może nie potrafi. Znów wymiana zdań z matką, znowu łzy w moim gardle,czuję, że jestem sama, zostałam sama. Zupełnie. Nie podoba jej się radykalizm Pana ze skrzydłami, bo powiedział to, a nie powiedział tamtego… Sama w moim wieku popełniała straszne błędy, ale teraz ocenia mnie swoją własną miarą, z wiedzą jaką ma teraz, czy to w ogóle można porównywać? Moim zdaniem nie. 

Nie rozumie mnie i nigdy nie rozumiała, w ogóle… co ja robiłam w jej życiu, co ja w nim teraz robię? Byłam nieudaną wpadką? Bo chyba tak mogę to rozumieć… Wiem, ze nie tego ode mnie oczekiwała, ale jestem jaka jestem, chcę być sobą, tylko, że jaka bym nie była i tak będę mała i nic nie warta, bo przecież chciała mieć inną córkę, a nie… w ogóle nie chciała mieć dzieci, po co? Jak już wyszło, to trudno, ale dlaczego muszę być taka? Przecież ona chce rozmowy ze mną, a ja nie chcę, nie potrafię, i tak, cokolwiek nie powiem, będzie skrytykowane, więc po co rozmawiać. 

To, że mam Pana ze skrzydłami, też jest mało znaczące… Bo przecież to i tak nie ma przyszłości, z resztą, moje relacje, co ją to obchodzi? Wszystko jest źle, bo nie jest taki, jak sobie wymyśliła, to i tak moja sprawa, ale mógłby być inny… poglądowo… bo mój ojczym jest inny, tak, jakby była moją koleżanką i był konkurs na lepszego faceta.

Nie mam już sił czasami, miał to być dobry dzień, a zaczął się źle…

Opublikowano Nad przepaścią... | Otagowano , , , , , , , , , , | 6 komentarzy